Rozmowę z Józefem Błażowskim i Michałem Kuzio przeprowadziła Krystyna Chowaniec w domu Państwa Błażowskich, w miejscowości Brzozowiec koło Czaszyna.

Józef Błażowski urodził się 11 lipca 1930 r. w Czaszynie i mieszkał tam do 1950 roku. Po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Sanoku dostał nakaz pracy do Smolnika nad Osławą, gdzie uruchomił szkołę. W 1953 r. rozpoczął odbywanie służby wojskowej, w Szczecinie. Tam ukończył studia, założył rodzinę, pracował naukowo na Politechnice Szczecińskiej. Po przejściu na emeryturę wrócił w rodzinne strony, mieszka na Brzozowcu.

Michał Kuzio urodził się i mieszka przez całe życie w Czaszynie, lat 95.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

K.Chowaniec: Proszę opowiedzieć o wydarzeniach w latach 1939-47 w Czaszynie i okolicach.

J.Błażowski: Dla nas lata 1944-48 były gorsze niż lata okupacji, nie było dnia, aby nie ginęli ludzie i nie paliły się domy. Banderowcy czuli się tutaj zupełnie bezkarnie, oni robili zupełnie co chcieli. Wszystko. Wojsko jak ich złapało to dwa, trzy dni puszczało i oni znowu szli do lasu. I dalej. W pobliżu naszego domu w nocy przeprowadzali musztrę. Ok. 11.00 wieczorem usłyszałem gwizdki, poszedłem, a tam musztra, na gwizdek wykonywali różne roszady. Tak się działo do śmierci Świerczewskiego. I dlatego Świerczewski był dla nas ogromnym wybawicielem. Myśmy się_ Wioska się modliła za jego duszę. Dlaczego? Bo bezpośrednio po śmierci Świerczewskiego przyjechała 12 Dywizja Piechoty i zaczęła wysiedlać. Dowódcy UPA wzięli, co można było i przez Słowację uciekli do amerykańskiej strefy okupacyjnej, a stamtąd do Kanady, a do żołnierzy powiedzieli - "rzucajcie karabiny gdzie chcecie, w las, i idźcie do domu". Bo całe to wojsko to się składało z mieszkańców tych wiosek.

Przed wysiedleniem ci ludzie mieli tutaj taką straszną nędzę, przecież ludzie tu żyli, w Prełukach, w Duszatynie, którzy nigdy w życiu butów na nogach nie mieli, tylko mieli takie chodaki, w domu uszyte ze skóry z jakiegoś cielaka, czy z czegoś, nic więcej. nigdy w życiu nie zjedli, po prostu, bułki pszennej. Od Czaszyna do Łupkowa, nigdy w życiu ktoś pszenicy, czy żyta nie siał, tylko owies, jęczmień, kartofle i nic więcej. A jak chcieli mieć trochę pszenicy to w sierpniu jechali na Podole, na dwa tygodnie. Worek na plecy i sierp, za pracę przez 2 tygodnie za to dostawali dwadzieścia kilo pszenicy. I wracali do Prełuk z tą pszenicą. Suszył na piecu, zmielił w domu i miał bułkę pszenną. Innego wyjścia nie było. Takie to były czasy. I mimo to, ci ludzie tak strasznie przywiązani do tej ziemi. Przecież tutaj w Szczawnem była taka historia, jak wysiedlali w 1947 r. ojca i syna. Później syn się jego wykształcił na lekarza. Przyszli żołnierze, żeby go wysiedlać, Ukraińca. On powiedział: "najpierw musicie mnie tu zastrzelić, a potem dopiero możecie mnie wysiedlać, ale dopóki ja jestem cały, nie ma ludzkiej siły, żebym się stąd ruszył". I zostawili go. Tak się złożyło, dzieci kochane, że ja tutaj z nimi żyłem, od dziecka, ja się bawiłem. Ja miałem ciotkę Ukrainkę i kochałem ją na śmierć. A potem los mnie rzucił do Szczecina. Skończyłem studia, byłem pracownikiem naukowym przez trzydzieści lat. Jak przyszedłem na wykład, 120 osób na wykładzie, to mogłem tak palcem, o ten jest z Bieszczad, ten, ten. Dlaczego? Bo ich stąd wszystkich wysiedlono w zielonogórskie, gorzowskie, szczecińskie, koszalińskie, pilskie. I z wszystkich tych województw, wszystko "pchało" do Szczecina na uczelnię, miedzy innymi na politechnikę. Współpracowałem z nimi, lubiliśmy się.

Moja żona, przez pięć lat miała ordynatora w szpitalu wojskowym, doktora Kołodzieja. A jego brat, w Szczecinie, jest prezesem Związku Ukraińców. Nie było żadnego problemu. Tylko mówię wam dlatego o tym, że jeżeli ktokolwiek wam gdzieś powie, lub gdzieś przeczytacie, że akcja "Wisła" to był bandytyzm, nieludzka sprawa itd. - to jest propaganda, to nie jest prawda. Bo ci ludzie z takiej nędzy wyjechali. Wywieziono ich spokojnie na zachód i tam dano im 10 hektarów pola, równo, jak na stole, dom murowany, pierwszy raz w życiu zobaczyli jak wygląda taki dom. Stodoła, a w stodole wszystkie maszyny rolnicze. Proszę bardzo gospodarujcie. To był dla nich tak straszny szok cywilizacyjny, że oni się nie mogli opamiętać na początku, a potem wszystkie dzieci rzucili do szkół i wykształcili. Np. Lenio z Mokrego był sztabowym pracownikiem PŻM -u w Szczecinie. Z Sanoka, znałem takiego, był księgowym w Szczecinie, z Zagórza, to wszystko się wykształciło.

Tu każdy gospodarz, kochani, każdy gospodarz miał konia, ale jaki to był, o taki wysoki konik. Malutki, bo tu duży koń pod górę nie pójdzie. Malutki, który nie wymaga dużo jedzenia i jest odporny na warunki klimatyczne, na wszystko. Zimą takie sanki krótkie i na to nałożył dwie, trzy kupki gnoju, zaprzęgnął konia i wio pod górę i tam ten gnój zostawił. Jak śnieg zginął, no to poszła kobiecina rozrzuciła to. Pługiem zawsze orał w jednym tylko kierunku, żeby nie na dół bo do góry skiby nie da radę. I na tym, proszę Pani, kartofle posadzili. To było wszystko, co on mógł zrobić. Może miał i dwie owce, albo coś tam takiego. kozy, tu nie było tradycji, ale owce mieli, kur miał trochę, jęczmień owies sobie posiał. Kur miał trochę. To było wszystko. A jakie tu były tragiczne rzeczy, niespotykane. O tutaj, jak skręcaliście do mnie. Po lewej stronie, jak skręcaliście. Jest ten dom. Osenkowscy teraz mieszkają. Przyszli banderowcy pod wieczór, popołudniu. "Jest ojciec? Jest. A synów macie? No mamy. Pokażcie ich tutaj." Przyszli. Słuchajcie: "Musicie z nami pójść, bo idziemy przez las, zbłądziliśmy. Wyprowadzicie nas na prostą i wrócicie". Nikt ich już nigdy nie spotkał więcej. Gdzieś kości leżą w lesie. Taki sam był przypadek w Czaszynie ze Świergowiczami. A w górnym Czaszynie tu, wśród Ukraińców, był taki przypadek, że, rodzina ukraińska, bezdzietna, nie zgadzała się, żeby ci młodzi ludzie szli do lasu. To przyszli popołudniu, powiesili ich na gruszy i przez trzy dni, nie wolno ich było zdjąć. Takie historie.

M.Kuzio:

No to pytajcie. Co byście chcieli usłyszeć? O co chodzi?

J.Błażowski:Michałku, powiedz nam, jak to było z przeprowadzaniem na Węgry. Czy to była jakaś organizacja?

M.Kuzio:

Nie było żadnej organizacji ludzie przychodzili, zatrzymywali się po chałupach, tam ludzie ich karmili, przyjmowali. Czekali na przewodnika, który ich poprowadzi dalej.

J.Błażowski:Czy ludzie ci, którzy ich karmili, przyjmowali. Czy robili to chętnie?

M.Kuzio:

Pewnie!

J.Błażowski:Czy robili to za jakąś odpłatnością?

M.Kuzio:

Nie_

J.Błażowski:Dla jakiegoś tam zysku, czy coś takiego?

M.Kuzio:

Nie, myśmy odprowadzali, ja dwa razy byłem. Żadnego grosza nikt mi nie dał. Nie_ Pierwszy raz, zdaje się, dostałem sto złotych. Było dwóch facetów z Ministerstwa Finansów, z żonami. Oni mieli kupę pieniędzy.

K.Chowaniec: A kiedy Pan pierwszy raz szedł?

M.Kuzio:

W październiku, w początkach października, 1939 roku jeszcze. Było jeszcze ciepło, oni byli z Warszawy, z Ministerstwa Finansów. To były dwa małżeństwa. Wtenczas głównym przewodnikiem był Jasiek Dembowski. No i ten Żyd z Tarnawy. Zwerbowali mnie i Bolka Kulczyka, abyśmy nieśli te bagaże. Myśmy byli chłopaki po 18 lat, co nam tam było nieść. Iść, to już. No i wyszliśmy była późna noc. Szliśmy jakieś czterdzieści kilometrów. Później Jasiek Jankowski, kazał nam się wrócić. Tam już byli inni. No i my obydwaj z Bolkiem i ten "Herszku"_ Całą noc szliśmy z powrotem. Rano doszliśmy do domu. A tam trzeba było iść po tych potokach, wertepach. To nie było takie proste. Ta Pani takie buciki miała, takie delikatne, przemoczyła i pokaleczyła nogi, zaczęła płakać. Mąż ją uspokajał. Odpowiedziała mu "Ty jesteś tak zwany mężczyzna, a ja jestem wytworna kobieta". Tak było.

J.Błażowski:Czy ci ludzie kiedyś napisali do was, czy był jakiś kontakt?

M.Kuzio:

Tak, było jakieś pismo z Anglii, ale do nas nie dotarło. Tylko mi mówili, że napisali, ci co przeszli.

K.Chowaniec: A następny raz kiedy prowadził? Kto pana zwerbował?

M.Kuzio:

Później, jak drugi raz szedłem nie pamiętam kto mnie zwerbował. Nie wiem, ja szedłem i Jasiek. Było ich siedmiu. Pamiętam, że dwóch było z restauracji z Warszawy, restauracji Wróbla, dwóch kelnerów, chłopaki były fajne. Jeden był starszy, pewnie po wojsku, a drugi w takim wieku jak my, 18, 19 lat. Zorganizowaliśmy wyjście z Czaszyna, to było gdzieś tak o drugiej w nocy. Szliśmy nocą, żeby nas Ukraińcy nie widzieli. Szliśmy, było czwartego grudnia, śnieg nie był duży, tak z pięć centymetrów. Szliśmy elegancko drogą do lasu, tymi szczytami. Mgła była. Ciemno było tak, że myśmy zabłądzili. Szliśmy pewnie trzy godziny, już zaczęło szarzeć nad ranem. Patrzę takie ślady są na śniegu. Mówię: Jasiek! Kto tu szedł? Patrzę lepiej - nasze ślady są. Poznaliśmy. A ja, zawsze mówiłem, Janek, idźmy więcej w lewo. Nie, nie, dobrze, idziemy! A myśmy szli w prawo, na Wysoczany. Jakbyśmy szli, tak jak mówiłem, w lewo, to dobrze by było, szczytami. Musieliśmy nadłożyć drogi. Szliśmy ostrożnie. Była już pewnie czwarta godzina, w grudniu, już się zaczęło robić ciemno. I weszliśmy do wioski Rabe, bo tam Chryszczatą to obejść, nie było możliwe. Postanowiliśmy przejść przez wieś. A tam Ukraińcy wylecieli: "Lachy na Madziary idą!". "Lachy!". "Bij Lacha!". Ja tu patrzę, a tu już z siekierami, z motykami baby, jakieś tam widły, czy co_ Cała zgraja. A nas dziewięciu jest. A my co_ Jeszcze mieliśmy jednego, takiego marudera, coś mu się w nogę stało. Musieliśmy go ciągnąć. Jasiek wziął go pod pachy i ja. I tak my go pchali. Z góry jeszcze jakoś szedł. Ale nic. Zbiliśmy się w kupkę, a oni jakieś dwadzieścia metrów za nami i wrzeszczą. Błota kawałek, trzeba było iść, może, ja wiem, z dwieście metrów, przez takie pole. Wreszcie mówię tak: "żeby tylko my do tego lasu się dostali". Oglądamy się tak tylko, czy nas już nie atakują, my nic nie mamy, żadnej broni, nic, ręce do kieszeni i tego idziemy. Dopadliśmy do tego lasu. Tam taki potoczek płynął, kamieni nabraliśmy po kieszeniach. Będziemy się bronić, nie ma rady. Ale nie poszli, bali się. Zostali na tym polu, tam zaczęli gadać ze sobą. Lasem my szli jeszcze kawał. Już się zaczęło robić ciemno. Mówię tak: "No, tu już jest leśniczówka". My się wracamy. Dalej już ten leśniczy prowadził.

K.Chowaniec: A ta leśniczówka była, gdzie?

M.Kuzio:

W Rabem tam, w tym lesie. Tam dalej ten leśniczy ich prowadził.

K.Chowaniec: A nie wiem Pan, jak się nazywał ten leśniczy?

M.Kuzio:

Nie mam pojęcia. Nie wiadomo jak. Bo to, wie Pani, tam nazwiskami nikt nie operował.

K.Chowaniec: Wiem. ale wyście wiedzieli, że ten leśniczy się nimi zajmie?

M.Kuzio:

Tamten leśniczy odprowadzał. Tu był ruch całą zimę, wtedy też tam Kuzio Władysław odmroził palec na nodze. Wziął ciasny but.

J.Błażowski:A gdybyśmy cię spytali Michał, jak myślisz, ile tych ludzi w ciągu tej zimy poszło?

M.Kuzio:

Tu ruch był bardzo duży. Dużo było tych grup. Grupa z Czaszyna szła, najrzadziej, co dwa tygodnie. W każdym domu ktoś mieszkał_ Potem do kupy się zbierali_

J.Błażowski:Opowiedz jeszcze o swojej przygodzie w drodze powrotnej z Rabego.

M.Kuzio:

Poszliśmy na Chryszczatą, do tego lasu. Już się zaczynało robić ciemno. Tak my, po tych pniakach, po tych jodłach. Tam wszystko leżało. Straszny las tam był. Tam my obeszli tą wieś. Weszliśmy na ten trakt którym szliśmy. Poznaliśmy po śladach. Potem nawet ślad zaginął. Było ciemno, nic nie było widać. No i weszliśmy do takiej wioski, nawet nie wiem, czy to było Sukowate, czy Kalnica. Namacaliśmy jakąś stodołę, szopę. Do tej szopy my tam wleźli. A te domy były zaciemnione, nic nie widać. Nie wiadomo, czy to był dom, szopa. Wepchaliśmy się do tej szopy, do siana, ściągnęliśmy buty, ubranie było mokre. Zaczyna być mrozek taki, czwarty grudzień. Zaspaliśmy tam. Spaliśmy pewnie do dziesiątej. Słuchamy. Jakieś gadanie jest. A to po rusku, koło samej drogi. Ludzie szli do cerkwi. . Co to robić, siedzieć cichutko. Siedzimy, dobrze, że jakiegoś psa nie było. Ludzie przeszli. W tym czasie myśmy się obuli, to wszystko było mokre. Jakoś porozglądaliśmy się na wszystkie strony i prys! z tej szopy przez pole, do takiego potoku, przez potok i do lasu. I wróciliśmy do domu, to było w niedzielę. W domu wszyscy płaczą, mama; chłopak poszedł i nie wraca, 18 lat chłopak. Zginął, koniec. Przyszliśmy gdzieś na czwartą, trzecią. Głodny. Nic nie mieliśmy do jedzenia, tylko kawałek chleba i czosnku (śmiech). Ale, był człowiek młody, głupi, po co mnie tam było iść, po co. Takie, te_ Patriotyzm.

K.Chowaniec: Potem już Pan nie chodził więcej?

M.Kuzio:

Już nie chodził. Chodzili inni. Poszli tam po śmierć. Ostatni raz jak szli, była wsypa. Złapali ich wtenczas, było ich dużo, ze 30. Ktoś ich wydał.

J.Błażowski:Ja Państwu opowiem jak to się stało. Obok mnie mieszkał taki Ukrainiec, Sławcio. On prawdopodobnie powiedział, że w Czaszynie organizują się takie przerzuty. Myśmy razem krowy paśli. Ja go znam dokładnie. I słuchajcie, on mógł wiedzieć, że taka grupa pójdzie w tym czasie. Może nie wiedział godziny. Dał znać do góry, przyjechało wojsko niemieckie. Tutaj nie było niemieckiego wojska, w sensie zakwaterowania. Oni musieli to wojsko sprowadzić, z Sanoka, albo z Leska. Natomiast była policja. Musicie wiedzieć, w owym czasie, policja, w tym rejonie, składała się prawie wyłącznie z Ukraińców, na tym terenie. Ci Ukraińcy mieli stały kontakt z Niemcami. Więc, jeżeli chodzi o przerzut takiej informacji z Czaszyna tam, nie było żadnego problemu. Ten Sławcio wszystko wiedział, co się u nas dzieje. Wszystko wiedział. Podam taki przykład: wolno było mieć tylko jedną krowę, nic więcej, a myśmy mieli owcę. Tośmy w stajni zrobili drugą ścianę i za tą ścianą owca się chowała. Przyszli o dziewiątej wieczorem dwaj bandyci z lasu. Wy macie owcę? Nie, my nie mamy. Poszli do stajni i od razu do schowka, gdzie była owca. Wrócili do domu i do mamy z pistoletem. Mama leżała na łóżku w rogu, w kuchni... To były takie czasy. Czyli ten "Sławcio" wiedział zdecydowanie wszystko.

K.Chowaniec: Pan już później nie chodził, ale Jan Jankowski tak?

J.Błażowski:On chodził bez przerwy, on prowadził, co wrócił, to znów. Aresztowali go. Z tej ostatniej grupy, tylko się jeden uratował, też przewodnik, Fesio

K.Chowaniec: Jak ten Fesio miał na imię?

M.Kuzio:

Grzegorz, on pochodził ze Szczerbanówki.

J.Błażowski:Jak myślisz Michał, ten Fesio to był Ukrainiec czy Polak?

M.Kuzio:

Mnie się zdaje, że to był Rusin. Ukraińcem nie był. Nie był Ukraińcem, bo by później nie strzelał do tych banderowców. On się zapoznał z dziewczyną Czaszyna, ożenił się. Pamiętam takie zdarzenie, już był 44 rok , zdaje się jeszcze w lipcu. Słychać było już armaty, w kopalni już nie pracowaliśmy. Fesio spotkał Niemca, jak szedł sam, rozbroił go i już. Miał pistolet. Karabin, wszystko, naboje. I z tym karabinem chodził. Innego razu, on był, ja, Bolek, Ludwik i Bronek, twój szwagier, siedzieliśmy w łozinach, naprzeciw domu Bronka. Mieliśmy zamiar napaść na Niemca, który zawsze jeździł motocyklem, jeden kierował, drugi siedział w koszu z maszynowym karabinem. Jeździli do Zagórza. Już mieliśmy schować się w kanale pod drogą i stamtąd zaatakować, kiedy zobaczyliśmy na drodze - kupa wojska idzie niemieckiego (śmiech). Wyszliśmy na pole, a tam wojsko jeździ. Dobrze było widać. I myśmy zrezygnowali (śmiech).

J.Błażowski:Otóż, trzeba sobie zdać sprawę z jednej rzeczy, że ta droga na której stoimy, biegnie na Komańczę, było to jedyne przejście przez Karpaty, wojsk pancernych niemieckich, gdzie indziej nie mogli przejść. Następne było dopiero w Dukli. Wcześniej, nie. W związku z tym, Niemcy zrobili ogromne wykopy, poprzecznie do tej drogi, zrobili straszne umocowania wojskowe. Niemcy, jak Armia Czerwona podeszła na Brzozowiec, to oni z tych umocnień zrobili taki atak, na tę armię, że Ruscy musieli się od razu wycofać. Brzozowiec, jako wioska liczyła 62 numery. Była trzy razy zdobywana przez Rosjan i trzy razy tracona. Dlatego była spalona dokładnie. Dopiero Rosjanie, jak się zorientowali, że nie dadzą rady tu przejść, zatrzymali front, podciągnęli katiusze do Czaszyna. Te katiusze były w Czaszynie schowane, jak my to nazywaliśmy, w boisku w stodole. To było na samochodzie, takie składane. A potem, jak do ataku. I wszystkie pociski na ten las, wszystko się paliło. Tutaj, ten las, to jest ile 70 lat i nie może odżyć do tej pory, tak był strasznie zrąbany tymi katiuszami. I Niemcy, w tym momencie, część ich zginęła, musieli się cofnąć.

M.Kuzio:

Znajdywali trupy jeszcze długi czas.

J.Błażowski:I w tym samym czasie, nie wiem czy wiecie o tym, w tym samym czasie, jak wioska Brzozowiec, była zdobywana i tracona, Niemcy zauważyli, że w górnym Czaszynie, w tamtym wąwozie stoi ich czołg niemiecki nie może wyjechać z tego wąwozu. Podjęli decyzję, że 60-u żołnierzy wysłał dowódca po ten czołg. I proszę sobie wyobrazić, że oni poszli pieszo do górnego Czaszyna. Wiesz, który wąwóz, czy nie wiesz? Tam, gdzie mieszka moja kuzynka.

M.Kuzio:

Koło Latuska.

J.Błażowski:I Niemcy, poszli, jak doszli do czołgu, okazało się że czołg jest spalony, w ogóle nie jest sprawny, ani ludzi tam nie ma, a jak są, to spaleni. Rosjanie już się zorganizowali w dolnym Czaszynie, że ich okrążyli w tym wąwozie i wszystkich wystrzelali, 60 osób, straciło życie. Mój ojciec chodził chować tych Niemców_

K.Chowaniec: Proszę powiedzieć, wracam do pana wspomnień, ci idący na Węgry przychodzili od pociągu w Zagórzu?

J.Błażowski:Różnie to było_

M.Kuzio:

Oni jakieś kontakty mieli ci ludzie, co przychodzili. Ci ostatni nie przeszli_ Mój ten kuzyn, bo Jan Jankowski to mój kuzyn, zawieźli go pociągiem do Jasła, bo w Jaśle w kryminale siedzieli. Była taka akcja, że wszystkich rozstrzeliwali na Gruszce, a on zginął w Warzycach w lesie, koło Jasła.

J.Błażowski:Michał mówi, że oni szli, ta grupa ostatnia, która zginęła, że to były Święta Wielkanocne w 40 roku. Według mnie to był koniec marca. Tak pamiętam.

M.Kuzio:

Wielkanocny Poniedziałek.

J.Błażowski:Dokładnie mówi. Wielki Poniedziałek. Wielkanocny poniedziałek. Musicie wiedzieć zima, 39 na 40, była okropnie śnieżna i ostra.. Pod koniec marca zaczyna tu być dopiero lekko wiosna. Jak topnieją te śniegi, tu płynie, tymi strumieniami, buzuje woda. Czarna taka brzydka woda. Ten właśnie Fesio, który tam się urodził w górach i tam wychował się znał teren dokładnie. Był zżyty z tą przyrodą, wiedział jak z tą przyrodą żyć, współżyć, chować się itd. Jak się zorientował, że są okrążeni, buchnął w ten potok, schował się cały pod wodą, tylko nos wystawił i tak przepłynął obok tych posterunków niemieckich. Jak się zorientował, że jest już poza obszarem posterunków, wstał.

M.Kuzio:

Oni strzelali do niego.

J.Błażowski:Strzelali. Tak to było.

M.Kuzio:

Nie trafili go. A ta woda zimna.

J.Błażowski:Później, musiał w zupełnie mokrym ubraniu dojść do Czaszyna, (10 km)

K.Chowaniec: A jak skończyły się wyjścia na Węgry, po kapitulacji Francji, czy później w 1942, 43, były przypadki, że ktoś tutaj przyprowadzał jakichś ludzi?.

M.Kuzio:

Nie było. U nas nie było tego.

J.Błażowski:Taka historia. Ta wojna ostatnia, to była taka wojna, że wszystko było możliwe. Poza tym to była taka wojna, która wyzuwała człowieka z jakichkolwiek uczuć, jakichkolwiek zasad itd. Ja w 50-tym roku zacząłem pracować w Łupkowie, w Woli Michowej była placówka WOP-u, dowódcą tej placówki był nijaki JP, który przeszedł cały front, od Lenino aż po Berlin. Po wojnie zrobili go dowódcą placówki WOP-u. Myśmy się zaprzyjaźnili. On nie miał co robić, ja nie miałem co robić. On przyjeżdżał do mnie do szkoły. Proszę panią, to był człowiek, przede wszystkim, który absolutnie nie wiedział co to jest prawo. Jego nauczyli przez te 5 lat wojny, że wszystko jest wolno. On nieraz widział śmierć, która mu zagrażała. On mówił "Ty sobie nie wyobrażasz, Józek", tak do mnie mówił. Jak on jechał na odprawę, a brygada była w Krośnie, to cztery dni z tego Krosna wracał. Gdy dojechał do Zagórza, a pociągu nie było, to zawiadowca stacji odczepiał parowóz i parowozem wieźli go do Łupkowa. A w Łupkowie odbierała go furmanka. Albo jak przyjechało do niego trzy dziewczyny naraz, to on tak zrobił sprytnie, że trzy dziewczyny obskoczył i każda z nich nie wiedziała jedna o drugiej.

M.Kuzio:

Jak na froncie, Śmigulan opowiadał. Znasz Śmigulana? Był na froncie właśnie, pod Lenino. No tak, atakowali Polacy rozumiesz. A NKWD z tyłu naganiało. Jeden kolega został ranny, no i się wycofywał. NKWD-ista wyciągną pistolet i zastrzelił go. Mój kolega, ten Śmigulan, to widział i też wyciągnął karabin i w niego! Miał sprawę. Podejrzewali go, że on go specjalnie zabił. Jakie miał naciągania po wszystkich tych sztabach, tu, tam, ale się wymigał. -Ruscy niby przyjaciele byli, ale_

J.Błażowski:Michaś pamiętasz, jak przed wojną u nas było w Czaszynie? Myśmy w ogóle do tych Ukraińców nie czuli żadnej nienawiści. Wyraz Ukrainiec nie istniał. Mówiło się Rusin, Starorusin. Ja się z Ukraińcami bawiłem. Ciotkę miałem Ukrainkę, kochałem ją na śmierć, jak każdą inną. Dopiero, jak wojna się rozpoczęła. Hitler wszedł. Dopiero wtedy.

M.Kuzio:

To zaczęło już dwa lata przed wojną. Młodzież uciekała, szła na Ruś Zakarpacką. Szli nauczyciele, niektórzy księża, tam się szkolili. Po tej wojnie, cośmy przeżyli. Męczenie w Czaszynie.

J.Błażowski:Właśnie mówię. Te cztery lata po wojnie to było 10 razy gorsze, jak cała, jak wojna.

M.Kuzio:

Ja się żenił 6. lipca 46 roku. Bandziory, to w Czaszynie, to w Brzozowie. Było wesele. W domu było przyjęcie weselne, samogonu narobił. Na drugi dzień przyszli bandziory i rabują. Przyszedł bandzior z jedną kobietą. Przyszli i rabują. Do żony mówią, dawaj kożuch, dawaj, bo "cięgi". Chodzili, rabowali po szafach, wszędzie. Ja miałem, takie trzewiki wojskowe, niemieckie. Gdzieś kupił na targu. Zawsze je chowałem, jak szedłem spać. A może dzisiaj nie przyjdą. Położyłem buty pod łóżko. Śpię. A tu łomot do drzwi. Mama otworzyła, znaczy nie mama, tylko bratowa. Wpadają. Rabują wszystko. Miałem koszulę zawieszoną na takim gwoździu, popatrzył, ucieszył. Zaraz się ubrał, swoją podartą rzucił. Buty też zabrał. Rabowali jak_ Moja żona, jeszcze wtedy była narzeczona, wtenczas, miała bieliznę "powieszoną" tam na płocie. Zobaczyła, że idą, a jeden bandzior stoi i mówi do niej po polsku" Zostaw, zostaw to, nie ruszaj. Oni ci tego nie wezmą." Poznała go, był z Bukowska i razem z Jankiem byli w tym obozie, znaczy w junakach, niemieckich, w Sanoku stacjonowali. Powiedział do niej - Musiałem iść. Zabili ojca i matkę, co miałem zrobić, musiałem iść do tej bandy. To nie była wojskowa, tylko cywilna banda do złodziejstwa.

J.Błażowski:Na wiosnę w 47 roku, jak wysiedlili całe to Pogórze, to cały szereg małych band, grasowało w dalszym ciągu, po lesie, pod płaszczykiem banderowców i rabowali, różne rzeczy, pamiętam.

Design by Piotr Siuta