Wywiad z Henrykiem Pałasiewiczem

Henryk Pałasiewicz, syn Jana Pałasiewicza, urodzony 13 stycznia 1923 r. w Żubraczem, mieszka w Zagórzu, ul. Mostowa 39, tel. 134622404

Pan Henryk Pałasiewicz opowiada, jak namówił kolegę Kazika, aby pojechał z nim do Cisnej i pokaże mu drogę do granicy spotkał się z Jadwigą Kociatkiewicz:

Czy Pan znał Jadwigę Kociatkiewicz?

H. P. Panią Jadwigę spotkaliśmy przed budynkiem we dworze i ona powiedziała, abyśmy chwileczkę poczekali, a ona ubierze narty i pojedzie z nami. Świetnie jeździła na nartach, lepiej jak mój kolega. Wyjechaliśmy na górę Hyrlatą i tam mu pokazałem drogę do granicy. Wracając z powrotem mieliśmy niesamowite zdarzenie. Słyszymy krzyk, darcie się rogacza sarny. To ja jadę prosto w to miejsce. Wjeżdżam w taką dolinkę, a tam leży rogacz na ziemi, nad nim stoi wilk, a ja przyjechałem tak blisko, jak do pani (ok. 2-3 m).. On na mnie paszczę rozdziawił. Ja stanąłem jak wryty, ten rogacz leży na ziemi i całe szczęście, że mnie ten wolf nie zaatakował. Wtedy nadjechali kolega i pani Kociatkiewicz, no i ten wilk chcąc, nie chcąc usunął się. I myśmy tego rogacza zabrali, chcieliśmy go ratować jeszcze i do pani Kociatkiewicz do dworu zabraliśmy go. No i to było moje jedno spotkanie z panią Kociatkiewicz. Później już więcej nigdy z nią się nie zetknąłem.

Gdzie wtedy Pan mieszkał?

Ja mieszkałem wtedy w Zagórzu. Do Zagórza wyprowadziliśmy się z Żubraczego, ojciec wybudował w 1930 roku dom w Zagórzu.

Czyli Pan, aż z Zagórza jechał do Żubraczego żeby pokazać tą granicę.

Tak, tak na nartach.

A nie bał się pan Niemców?

O, jak to młody chłopak, nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństwa.

A proszę powiedzieć, czy wyście wiedzieli, że Jadwiga Kociatkiewicz jest zaangażowana w działalność konspiracyjną?

Pani Kociatkiewicz, moim zdaniem, została zaangażowana nieco później. Pierwsza linia jaka była otwierana zaczynała się w Zagórzu i mnie użyto do przeprowadzenia kuriera, osobnika w wieku 40-50 lat. To był ktoś z Warszawy. Ja niewiele pamiętam, nawet nie wiem, kto mi to wydał polecenie. Prawdopodobnie matka, moja mama. Miałem przeprowadzić za granicę takiego osobnika, który przyjedzie pociągiem do Zagórza.

Przysłali mi taką zieloną koniczynkę, matka mi dała żebym włożył sobie do klapy. Miałem wychodzić do każdego pociągu i spacerować po peronie, a potem powoli iść do domu. Miałem przykazane, że jeżeli ktoś za mną będzie szedł, to żebym się nie odwracał, tylko szedł do domu. A przy domu ta osoba ma mnie zapytać "Czy zielona koniczynka?". No i ja tak chodziłem przez kilka dni. Aż jednego dnia idę i czuję, że za moimi plecami ktoś idzie. I przy domu pyta się mnie "Zielona koniczynka?". Zielona koniczynka, to wiedziałem, że to jest ten osobnik, którego mam przeprowadzić. No i ja go przeprowadziłem na stronę węgierską, za granicę go przeprowadziłem.

Którędy Pan szedł z nim?

Tędy przez Maniów, Balnicę. Naprzód dojechaliśmy pociągiem do Komańczy, a z Komańczy już szedłem na piechotę do Maniowa. Szliśmy lasami, żeby nikt nas nie widział i tam doszliśmy do stryjka (Jakuba Pałasiewicza) w nocy, gdzieś była pierwsza w nocy, poprowadziłem go na drugą stronę. Po jakimś miesiącu czasu, jestem w domu, patrzę przychodzi ten pan do mnie do domu. I powiada - przyszedłem się przywitać i pożegnać, znam już trasę, dziękuję i do widzenia. Starałem się nieraz dowiedzieć, kto to był i nigdy się nie dowiedziałem.

Kiedy to było?

To był 1939 rok, jesień.

Jesienią, czyli zaraz na samym początku.

Na samym początku. I tak, prawdopodobnie ktoś wyznaczył linię, która wiodła przez naszą rodzinę. Przez stryjków (Jakub i Karol, bracia Jana) w Maniowie do stryjka na Węgrzech (Józef Pałasiewicz zamieszkały w Stakcinie). No i jak Niemcy zajęli już te nasze tereny i w Maniowie zrobili posterunek Straży Granicznej, to prawdopodobnie moich stryjków wyłączono. I w tym czasie tą linię przerzutową poprowadzono przez Żubracze i jeszcze tam przed Baligrodem jakąś miejscowość, w tej chwili nie pamiętam tej miejscowości i ona wiodła już na Sanok. Prosto do Sanoka. Do pana Rybickiego.

Czy Pan znał Rybickiego?

Rybickiego tylko raz spotkałem i to już po wojnie. Z Rybickim spotkałem się Bieszczadzkich Zakładach Drzewnych, bo ja tam pracowałem i pan Rybicki przyszedł do mnie załatwiać jakąś sprawę. Przedstawił się, Rybicki, to ja się mu przedstawiłem - Pałasiewicz. Na moje nazwisko zareagował. I pyta mnie, czy ojciec żyje. A ja mówię, że raczej chodzi o moich stryjków. Wiem, że dla stryjków były tam jakieś odznaczenia, coś tam było. Pan Rybicki kombinował pojechać do stryjka Józefa. Dla niego to było tam specjalne odznaczenie, ale wszystkie takie sprawy w tym czasie były karalne na Czechosłowacji. Tak, że można było się nabawić kłopotów. No i nie udało się chyba panu Rybickiemu tego zrealizować. Nie.

Wróćmy do Pana stryja Jakuba. Niech Pan powie o nim coś więcej, jak on wyglądał? Czy macie jego zdjęcia?

Nie, nie mam jego zdjęcia. No cóż Jakub. Jakub był żonaty, miał 3 synów. Najstarszy Tadeusz, potem Józef i Zdzisław. Tadeusz zginął w 39 r. Był w wojsku, w podchorążówce był. Józef był po wojnie był w milicji. Słynny był, brał w obronie Cisnej przed bandami UPA. Później był, chyba w stopniu kapitana w Opolu. On w Opolu mieszkał i tam zmarł. A Zdzisław wywędrował gdzieś w świat i przepadł w świecie. On to był taki lepszy artysta.

Wywiad cz. I

Wywiad cz. II

Design by Piotr Siuta